Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2015

majówka cz. 3 - dwa wieczory w Luang Prabang

Dzień w Luang Prabang zaczyna się i kończy wcześnie. Już o 6 trzeba być na nogach, żeby podążyć ulicami miasta za mnichami zbierającymi jedzenie od mieszkańców. Niegdyś mnisi mogli w ciągu dnia zjeść tylko to, co dostali rano. Teraz nie muszą już przestrzegać tej reguły, tradycja wciąż jednak istnieje. Z małymi ulepszeniami: w koszyczku tej pani znajdowały się wyłącznie snickersy ;)

6:00 rano w Luang Prabang. Mnisi zbierają słodycze od mieszkańców
Bycie mnichem w krajach wyznających Buddyzm Therawady (Tajlandia, Laos, Birma, Kambodża) różni się nieco od życia zakonnego w innych krajach buddyjskich czy chrześcijańskich. Do klasztoru może, a nawet powinien, iść każdy mężczyzna. Najczęściej zostaje mnichem na około trzy miesiące, po czym wraca do świeckiego życia. 

Mnisi w Luang Prabang są w większości bardzo młodzi

Mimo, że Luang Prabang nie jest dużym miastem (liczy, według różnych danych, od 25 do 50 tysięcy mieszkańców), to jest duchowym i ekonomicznym centrum całego środkowo-północnego Laosu. Tak było niemal od zawsze. Już od XIII wieku miasto służyło jako stolica niezależnego królestwa, a przez pewien czas także całego Laosu. Kilkakrotnie atakowane i podbijane, zachowało jednak swoją tradycyjną architekturę, będącą mieszanką tradycyjnego stylu buddyjskiego z wpływami francuskimi z czasów kolonialnych. Do dziś ogromne wrażenie robią świątynia Xieng Thong z XVI wieku oraz pałac królewski. Warto odwiedzić również kilka innych świątyń; tych przybytków akurat w Luang Prabang nie brakuje.

Świątynia Xieng Thong 

Świątynia Xieng Thong 

Pałac królewski, obecnie muzeum

Kamienne stupy w jednej ze świątyń
Tropikalne miasto jest atrakcją nie tylko dla miłośników kultury i historii; słynie także w dużej mierze z pięknych krajobrazów i cudów natury. Największą popularnością cieszy się zasłużenie wodospad Kuang Si. Oddalony o około 30 kilometrów od miasta składa się z trzech poziomów. Na dwóch niższych można się samemu ochłodzić w wodzie, a tam, gdzie pozwala na to głębokość, skoczyć w lazurową toń i popływać. Na trzecim, najwyższym, możemy ze specjalnego pomostu podziwiać wysoką na 60 metrów kaskadę.



W mieście istnieje życie nocne, jest ono jednak krótkie i nawet w weekendy już po godzinie 11 ulice pustoszeją. Główną atrakcją wieczorami jest targ nocny, na którym można wybierać z mnóstwa bardzo tanich pamiątek. Nie zobaczymy tutaj klubów, które zakłócały by spokojny, trochę leniwy klimat miasta, jednak to przecież właśnie ten klimat jest najbardziej doceniany przez turystów. Zresztą, lepiej nieco wcześniej wrócić do hostelu, schować się pod moskitierą i wyspać się porządnie przed kolejnym dniem pełnym wrażeń ;)


sobota, 30 maja 2015

majówka cz. 2: Xishuangbanna - Luang Prabang

Majówka cz.1

W Stolicy Xishuangbanny, Jinghongu, zatrzymałem się na dwie noce. Miasto zrobiło na mnie spore wrażenie, w architekturze wszędzie widać było wpływy tajskie, szczególnie w przypadku budynków powstałych w ciągu ostatnich dekad. Na wszystkich tablicach, neonach i w nazwach sklepów oprócz znaków chińskich widniało także lokalne pismo używane przez mniejszość Dai. Szczególnie zapadł mi w pamięć widok z jednego z dwóch mostów łączących dwa brzegi Mekongu. Można było z niego dostrzec prawie całe miasto, rozpościerającege się nad rzeką w niecce, która ze wszystkich stron otoczona jest górami. Łatwo poczuć klimat starożytnego, odległego królestwa Xishuangbanny, zagubionego gdzieś w niedostępnych górach Azji Południowo-wschodniej.

Wieczorem wybraliśmy się na nocny targ, potem piliśmy piwo i paliliśmy ognisko nad Mekongiem. Rzeka w tym miejscu rozlewa się szeroko i jest dość płytka. Rybacy przekraczali ją w bród, wracając z wyspy położonej na jej środku na suchy ląd. Pora była już późna, trzeba więc było wrócić do hostelu i wyspać się przed kolejnym dniem.

Następnego ranka wsiadłem w autobus z Jinghongu do Luang Prabang. Autobus był klimatyzowany i wyglądał porządnie, co w dużym stopniu rozwiało wszystkie moje wątpliwości związane z tą podróżą. Słyszałem bowiem wcześniej opinie znajomych, śpośród których niektórzy zaliczają trasę do Luang Prabang jako jedno z najgorszych przeżyć w życiu. Ja na szczęście wrażenia miałem zgoła inne :) Do granicy laotańskiej jechało się zupełnie komfortowo, przez góry i doliny przebiegała nowoczesna droga szybkiego ruchu, częściowo w tunelu na trudniejszych odcinkach. Nawet i w Laosie początkowo jakość drogi była zadowalająca, mimo, że była to już wtedy zwykła jednojezdniówka. Tak było może przez 50 kilometrów, do czasu, gdy wjechaliśmy na odludne górskie tereny. W tym rejonie między górami w zasadzie w ogóle nie było płaskiej doliny, jedna góra się kończyła i zaczynała druga. Droga musiała być więc poprowadzona mniej więcej w połowie zbocza, tak, że z jednej strony mieliśmy stok, a z drugiej przepaść. Droga ta nieustannie meandrowała na prawo i lewo, i to chyba było najtrudniejszą częścią tej podróży. Powiem krótko: jeśli masz choć najmniejsze podejrzenie choroby lokomocyjnej, nie wybieraj się w tę trasę ;)

góry po stronie chińskiej...

Niektóre odcinki drogi były akurat w remoncie (najpewniej za chińskie pieniądze) przez co kilka razy musieliśmy robić długie postoje w środku dżungli. Było parno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna :) w autobusie poznałem kilku Chińczyków, z którymi już po dotarciu do Luang Prabang wspólnie szukaliśmy hostelu.

... i góry po stronie laotańskiej

Północny Laos to bardzo odludny rejon górski, który zamieszkany jest głównie przez mniejszości narodowe. Przez całą drogę do LP widziałem jedynie jedną szkołę, ani jednego radiowozu policji, szpitala i podobnych śladów cywilizacji. Mniej więcej co 30 kilometrów przejeżdżaliśmy przez oparte o zbocze góry wioski, w których murowane budynki były rzadkością. To zdecydowanie najbiedniejszy i najmniej rozwinięty rejon do jakiego miałem okazję zawitać.

Po 13 godzinach drogi byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale zadowoleni i bezpieczni :)

Na koniec kilka zdjęć trasy po stronie laotańskiej:









czwartek, 9 kwietnia 2015

Laotian democracy

Mam w grupie dziewczynę z Laosu, dość nieśmiała, typowa dwudziestoparolatka z Azji Południowo-wschodniej, czyli typ sukienka-w-hellokitty. Nie wiem zbyt dużo o Laosie, więc niedawno z ciekawości wziąłem ją na spytki: czy Laos jest lub był monarchią, czy państwem socjalistycznym, czy mają system wielopartyjny itp. Delikwentka nie wiedziała niestety czy jej ojczyzna była kiedyś monarchią. Stwierdziła, jednak nie bez wahania, że mają demokrację, a nie system jednopartyjny, już tym bardziej socjalistyczny. Nie było to wszystko szczególnie przekonujące, więc zasięgnąłem porady Wikipedii, gdzie jak byk widniało, że Laos jest państwem socjalistycznym i jednopartyjnym. Z jednym z najwyższych na świecie wskaźników korupcji. Oczywiście doniosłem o tym mojej koleżance, która bardzo zaciekawiła się faktem, że jej ojczyzna 50 lat temu posiadała króla, i w końcu przyznała, że Laos to państwo socjalistyczne. Widząc, jak jest zmieszana, szybko zmieniłem temat na Tajlandię i tamtejszą byłą panią premier.

Zastanawiałem się potem ze znajomym o co w tym wszystkim chodzi: Chińczycy nawet w najodleglejszym zakątku Państwa Środka wiedzą co i jak. Laotanka nie jest może przyszłą panią prezydent swojego kraju, ale na pewno nie jest głupia, a i po chińsku mówi nieźle, mimo, że uczy się dwa razy krócej niż ja.  

Nie widać, że komuna