sobota, 30 maja 2015

majówka cz. 2: Xishuangbanna - Luang Prabang

Majówka cz.1

W Stolicy Xishuangbanny, Jinghongu, zatrzymałem się na dwie noce. Miasto zrobiło na mnie spore wrażenie, w architekturze wszędzie widać było wpływy tajskie, szczególnie w przypadku budynków powstałych w ciągu ostatnich dekad. Na wszystkich tablicach, neonach i w nazwach sklepów oprócz znaków chińskich widniało także lokalne pismo używane przez mniejszość Dai. Szczególnie zapadł mi w pamięć widok z jednego z dwóch mostów łączących dwa brzegi Mekongu. Można było z niego dostrzec prawie całe miasto, rozpościerającege się nad rzeką w niecce, która ze wszystkich stron otoczona jest górami. Łatwo poczuć klimat starożytnego, odległego królestwa Xishuangbanny, zagubionego gdzieś w niedostępnych górach Azji Południowo-wschodniej.

Wieczorem wybraliśmy się na nocny targ, potem piliśmy piwo i paliliśmy ognisko nad Mekongiem. Rzeka w tym miejscu rozlewa się szeroko i jest dość płytka. Rybacy przekraczali ją w bród, wracając z wyspy położonej na jej środku na suchy ląd. Pora była już późna, trzeba więc było wrócić do hostelu i wyspać się przed kolejnym dniem.

Następnego ranka wsiadłem w autobus z Jinghongu do Luang Prabang. Autobus był klimatyzowany i wyglądał porządnie, co w dużym stopniu rozwiało wszystkie moje wątpliwości związane z tą podróżą. Słyszałem bowiem wcześniej opinie znajomych, śpośród których niektórzy zaliczają trasę do Luang Prabang jako jedno z najgorszych przeżyć w życiu. Ja na szczęście wrażenia miałem zgoła inne :) Do granicy laotańskiej jechało się zupełnie komfortowo, przez góry i doliny przebiegała nowoczesna droga szybkiego ruchu, częściowo w tunelu na trudniejszych odcinkach. Nawet i w Laosie początkowo jakość drogi była zadowalająca, mimo, że była to już wtedy zwykła jednojezdniówka. Tak było może przez 50 kilometrów, do czasu, gdy wjechaliśmy na odludne górskie tereny. W tym rejonie między górami w zasadzie w ogóle nie było płaskiej doliny, jedna góra się kończyła i zaczynała druga. Droga musiała być więc poprowadzona mniej więcej w połowie zbocza, tak, że z jednej strony mieliśmy stok, a z drugiej przepaść. Droga ta nieustannie meandrowała na prawo i lewo, i to chyba było najtrudniejszą częścią tej podróży. Powiem krótko: jeśli masz choć najmniejsze podejrzenie choroby lokomocyjnej, nie wybieraj się w tę trasę ;)

góry po stronie chińskiej...

Niektóre odcinki drogi były akurat w remoncie (najpewniej za chińskie pieniądze) przez co kilka razy musieliśmy robić długie postoje w środku dżungli. Było parno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna :) w autobusie poznałem kilku Chińczyków, z którymi już po dotarciu do Luang Prabang wspólnie szukaliśmy hostelu.

... i góry po stronie laotańskiej

Północny Laos to bardzo odludny rejon górski, który zamieszkany jest głównie przez mniejszości narodowe. Przez całą drogę do LP widziałem jedynie jedną szkołę, ani jednego radiowozu policji, szpitala i podobnych śladów cywilizacji. Mniej więcej co 30 kilometrów przejeżdżaliśmy przez oparte o zbocze góry wioski, w których murowane budynki były rzadkością. To zdecydowanie najbiedniejszy i najmniej rozwinięty rejon do jakiego miałem okazję zawitać.

Po 13 godzinach drogi byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale zadowoleni i bezpieczni :)

Na koniec kilka zdjęć trasy po stronie laotańskiej:









czwartek, 14 maja 2015

majówka cz. 1: Kunming - Xishuangbanna

Jeszcze dwa tygodnie temu z moim znajomym z Pakistanu z całkowitą pewnością stwierdziliśmy, że na majówkę zostajemy w Kunmingu. Nie dołączymy do mas chińskich turystów okupujących hotele, stojących w korkach i tłoczących się w zaułkach starych miast. Planowaliśmy korzystać ze znakomitej pogody schyłku pory suchej w opustoszałym mieście. Nie minęło wiele czasu i 28 kwietnia, po moich egzaminach, siedzieliśmy już spakowani ciasno w wynajętym samochodzie-chlebku (面包车), gotowi do wyjazdu na południe.

Było nas 14, uściślając: ja, wspomniany już Pakistańczyk (ściślej rzecz ujmując, trochę bardziej z niego naturalizowany Szwed niż typowy Pendżabi) oraz jego znajomi z uczelni: pięcioro Szwedów, w tym dwie pary (wszyscy blond), Birmańczyk, Koreańczyk, Brytyjka pochodzenia polsko-litewsko-rosyjskiego, Wietnamczyk, Czech, Chińczyk i Chinka. Już na wstępie musieliśmy się wracać, bo roztargniony kolega z Wietnamu zapomniał paszportu i pieniędzy (podobno zdarzyło mi się to trzeci raz z rzędu podczas podróży). Towarzystwo przyjemne, busik klimatyzowany, dowiedziałem się szczególnie sporo nowych rzeczy o Birmie.


Celem naszej podróży była Xishuangbanna -  Autonomiczna Prefektura mniejszośći Dai, która to mniejszość jest w rzeczywistości zlepkiem różnych etnosów pochodzenia tajskiego zamieszkujących południowy i zachodni Yunnan. Prowincja ta, jak i sąsiednie rejony Chin, są kolebką ludów Tajskich. Ludy te niegdyś wywędrowały stąd na południe, zakładając po drodze kilka królestw, których spadkobiercami są dziś Tajlandia i Laos. Niektórzy twierdzą, że migracja ta odbyła się pod naporem chińskich osadników przybywających z północy, może ważnym czynnikiem była także niewielka gęstość zaludnienia i nieduże zaawansowanie cywilizacyjne ludów zamieszkujących wcześniej tereny Laosu i Tajlandii. Xishuangbanna jest miejscem, w którym Tajowie (Dajowie) zamieszkują do dziś, współcześnie stanowią tu najliczniejszą grupę etniczną, stanowiącą ponad 30 % ludności. Władzę prefektury prowadzą tzw. politykę 3-3-3, polegającą na utrzymywaniu równowagi między Dajami, Chińczykami Han i pozostałymi mniejszościami (Hani, Bai, Yi, itp.). Nazwa prefektury to po tajsku oznacza w wolnym tłumaczeniu 12 miast. W ostatnich wiekach istniało tu królestwo, które pozostawało przez długi czas pod wpływem północnotajskiego państwa Lan Na, stopniowo jednak przechodziło w strefę wpływów Chińskich. Dziś jest to, obok wyspy Hajnan, najbardziej egzotyczny rejon Chin. Klimat jest wilgotny i gorący - Xishuangbanna leży na południe od zwrotnika raka. Można tu spotkać jedyne w Chinach słonie żyjące na wolności. W lutym, podczas wizyty w Chinach, pofatygował się tu nawet sam książę William.

Pismo używane przez mniejszość Dai wywodzi się, tak jak inne systemy pisma Azji Południowo-wschodniej, z pisma używanego do zapisu sanskrytu.

Palmy i architektura Xishuangbanny inspirowana tradycyjnym stylem tajskim.


C.D. wkrótce (czyt. kiedy VPN pozwoli)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W chińskich samochodach

W Polsce często wozimy w samochodach różańce i obrazki ze Św. Krzysztofem, aby pomagały nam w bezpiecznym dotarciu na miejsce. Chińczycy robią podobnie, choć oczywiście na ich lusterkach możemy znaleźć trochę inne przedmioty.

Można je zasadniczo podzielić na trzy grupy: religijne (buddyjskie różańce, młynki itp.), tradycyjne (chińskie wisiory, tykwy) oraz polityczne (popiersia i wisiory z Mao).

wisior z Mao

buddyjski młynek modlitewny (na prąd, kręci się sam) oraz wisior z tykwy

budda z różańcem

ryba

różaniec

kolejny różaniec

sobota, 25 kwietnia 2015

egg custard tart

One of the very few pastries you can get in Chinese bakeries that I like, is egg custard tart. Knowing that Chinese bakery is a place where I find myself all-sweated in my worst nightmares, you make ask, how is it possible that I'm ever able to have anything from that scary nest of vice. The answer is simble: egg custard tart comes from Europe. It's a Portuguese traditional pastry, which became a part of Hongong cuisine in 1940s, having been brought there from nearby Portuguese colony of Macau. Then, after the opening reforms in China in 1970s, it has been popularised all around the mainland China. 


As you can see, it's a soft pastry topped with custard, which is a kind of sauce made from eggs and milk. If I had to reccomend one thing to try from Chinese bakeries, it would be, with no hasitation, this one!

piątek, 24 kwietnia 2015

everyday Chinglish

Chinglish is not only about fucked up grammar, wrong vocabulary and mistaken collocations. Chinglish is a state of mind. Trying to writie in English, but not switching your brain from Chinese thinking mode can have really bad and funny consequences.

Will Senpai ever notice me?
This one:
Lemon water, very sweet, summer night, misty eyes, refreshing taste, fresh and cool down, into the heart, empathy!


Some Japanese Chinglish:
Playing hide-and-seek in the dining room. We are so happy tonight.
(pink t-shirt: Just a dream, blue t-shirt: Cao tian? ba)





czwartek, 23 kwietnia 2015

głód chlebowy

Głód pieczywa dotyka chyba wszystkich europejczyków żyjących w Azji. Chińczycy owszem, mają swoje piekarnio-cukiernie, jednak wypieki, które możemy dostać w takich przybytkach nie przypominają niestety naszego pieczywa. Są to zwykle miękkie, słodkie bądź słodko-słone ciasta, często nadziewane pastą z czerwonej fasoli. Twardego, chrupiącego chleba w zasadzie nie sposób dostać. Krótko po przeprowadzce, gdy głód chlebowy doskwierał mi najbardziej, od czasu do czasu zdarzało mi się kupić bagietki z Carrefoura, czyli coś najbliższe europejskiemu chlebowi; znalazłem też sklepik, którego właściciel sam wypiekał coś, co można uznać za formę pośrednią między bułką, chlebem i pyzą. Bagietka nie była jednak warta fatygowania się do marketu i potem włóczenia się po nim pół godziny (chińskie Carrefoury przypominają bardziej Ikeę niż nasze supermarkety, nawet kupując jedną rzecz, trzeba przejść przez absolutnie cały sklep); a bułko-chlebo-pyza nie była szczególnie smaczna, a do tego dość droga. Co prawda czasami udawało się zjeść trochę prawdziwego chleba: raz upieczonego przez znajomą Czeszkę (nie wiem do dziś jak to zrobiła, w Chinach nie używa się piekarników), raz przywiezionego z ojczyzny przez współlokatorkę. Po pewnym czasie jednak w zasadzie rzuciłem pieczywo.

Tofu i tybetański chleb

Wczoraj jednak, wybraliśmy się ze znajomym do miłej tybetańskiej knajpy na herbatę maślaną i jakieś jedzenie. Znajomy jadł już tam wcześniej i bardzo chwalił sobie ichni podpłomyk, niestety nie zapamiętałem nazwy. Zamówiliśmy więc to, a do tego jeszcze moje ulubione tofu (麻婆豆腐, mapo doufu). Muszę przyznać, podpłomyk ten jest zdecydowanie najbliżej zaspokojenia mojego głodu chlebowego. Ciasto z wierzchu przypomina pizzę, w środku jednak chyba najbliżej mu do bułki. Co najważniejsze: zawiera masło. Masło jadłem tylko raz w Chinach, Hanowie w ogóle go nie używają, w Carrefourze można kupić tylko jakieś ekskluzywne masła nowozelandzkie za  ceny nie z tego świata (a przynajmniej kontynentu), za to w Tybecie spożywanie nabiału jest na porządku dziennym.   

niedziela, 19 kwietnia 2015

shaokao, czyli grillowanie po chińsku

Rytm chińskiego dnia może się wydawać podobny do dnia europejskiego (szczególnie południa Europy, z racji na południową sjestę). Różnice dostrzegamy rano i wieczorem. O świcie seniorzy gromadnie wychodzą z mieszkań, uprawiają taichi i grają w badmintona na placach. Kiedy ja wychodzę na uczelnie około 8 rano, oni już wracają do domów. 

Prawdziwe życie zaczyna się jednak po zmroku, gdy w różnych częściach miasta rozstawiają się liczne stragany z szaszłykami. Jest na nich wszystko, od bakłażanów, przez kurze łapki, aż po bardzo popularne macki kałamarnic/ośmiornic. 




Stragany te można znaleźć w różnych częściach miasta i to wokół nich toczy się życie nocne. Do późnych godzin nocnych, zwykle około 1 - 2, pootwierane tam są sklepy, także z obuwiem i odzieżą, i w zasadzie ze wszystkim, o czym można by pomyśleć. To życie nocne nie jest domeną młodzieży, przy straganach widać przekrój mieszkańców miasta.

Shaokao nie ma najlepszej renomy, uznawane jest za jedno z najbardziej ryzykownych wyborów spośród jedzenia ulicznego. Ja osobiście próbowałem wyłącznie grzybów i zapiekanej pasty z dyni z grilla.