W Stolicy Xishuangbanny, Jinghongu, zatrzymałem się na dwie noce. Miasto zrobiło na mnie spore wrażenie, w architekturze wszędzie widać było wpływy tajskie, szczególnie w przypadku budynków powstałych w ciągu ostatnich dekad. Na wszystkich tablicach, neonach i w nazwach sklepów oprócz znaków chińskich widniało także lokalne pismo używane przez mniejszość Dai. Szczególnie zapadł mi w pamięć widok z jednego z dwóch mostów łączących dwa brzegi Mekongu. Można było z niego dostrzec prawie całe miasto, rozpościerającege się nad rzeką w niecce, która ze wszystkich stron otoczona jest górami. Łatwo poczuć klimat starożytnego, odległego królestwa Xishuangbanny, zagubionego gdzieś w niedostępnych górach Azji Południowo-wschodniej.
Wieczorem wybraliśmy się na nocny targ, potem piliśmy piwo i paliliśmy ognisko nad Mekongiem. Rzeka w tym miejscu rozlewa się szeroko i jest dość płytka. Rybacy przekraczali ją w bród, wracając z wyspy położonej na jej środku na suchy ląd. Pora była już późna, trzeba więc było wrócić do hostelu i wyspać się przed kolejnym dniem.
Następnego ranka wsiadłem w autobus z Jinghongu do Luang Prabang. Autobus był klimatyzowany i wyglądał porządnie, co w dużym stopniu rozwiało wszystkie moje wątpliwości związane z tą podróżą. Słyszałem bowiem wcześniej opinie znajomych, śpośród których niektórzy zaliczają trasę do Luang Prabang jako jedno z najgorszych przeżyć w życiu. Ja na szczęście wrażenia miałem zgoła inne :) Do granicy laotańskiej jechało się zupełnie komfortowo, przez góry i doliny przebiegała nowoczesna droga szybkiego ruchu, częściowo w tunelu na trudniejszych odcinkach. Nawet i w Laosie początkowo jakość drogi była zadowalająca, mimo, że była to już wtedy zwykła jednojezdniówka. Tak było może przez 50 kilometrów, do czasu, gdy wjechaliśmy na odludne górskie tereny. W tym rejonie między górami w zasadzie w ogóle nie było płaskiej doliny, jedna góra się kończyła i zaczynała druga. Droga musiała być więc poprowadzona mniej więcej w połowie zbocza, tak, że z jednej strony mieliśmy stok, a z drugiej przepaść. Droga ta nieustannie meandrowała na prawo i lewo, i to chyba było najtrudniejszą częścią tej podróży. Powiem krótko: jeśli masz choć najmniejsze podejrzenie choroby lokomocyjnej, nie wybieraj się w tę trasę ;)
Niektóre odcinki drogi były akurat w remoncie (najpewniej za chińskie pieniądze) przez co kilka razy musieliśmy robić długie postoje w środku dżungli. Było parno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna :) w autobusie poznałem kilku Chińczyków, z którymi już po dotarciu do Luang Prabang wspólnie szukaliśmy hostelu.
Północny Laos to bardzo odludny rejon górski, który zamieszkany jest głównie przez mniejszości narodowe. Przez całą drogę do LP widziałem jedynie jedną szkołę, ani jednego radiowozu policji, szpitala i podobnych śladów cywilizacji. Mniej więcej co 30 kilometrów przejeżdżaliśmy przez oparte o zbocze góry wioski, w których murowane budynki były rzadkością. To zdecydowanie najbiedniejszy i najmniej rozwinięty rejon do jakiego miałem okazję zawitać.
Po 13 godzinach drogi byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale zadowoleni i bezpieczni :)
Na koniec kilka zdjęć trasy po stronie laotańskiej:
Następnego ranka wsiadłem w autobus z Jinghongu do Luang Prabang. Autobus był klimatyzowany i wyglądał porządnie, co w dużym stopniu rozwiało wszystkie moje wątpliwości związane z tą podróżą. Słyszałem bowiem wcześniej opinie znajomych, śpośród których niektórzy zaliczają trasę do Luang Prabang jako jedno z najgorszych przeżyć w życiu. Ja na szczęście wrażenia miałem zgoła inne :) Do granicy laotańskiej jechało się zupełnie komfortowo, przez góry i doliny przebiegała nowoczesna droga szybkiego ruchu, częściowo w tunelu na trudniejszych odcinkach. Nawet i w Laosie początkowo jakość drogi była zadowalająca, mimo, że była to już wtedy zwykła jednojezdniówka. Tak było może przez 50 kilometrów, do czasu, gdy wjechaliśmy na odludne górskie tereny. W tym rejonie między górami w zasadzie w ogóle nie było płaskiej doliny, jedna góra się kończyła i zaczynała druga. Droga musiała być więc poprowadzona mniej więcej w połowie zbocza, tak, że z jednej strony mieliśmy stok, a z drugiej przepaść. Droga ta nieustannie meandrowała na prawo i lewo, i to chyba było najtrudniejszą częścią tej podróży. Powiem krótko: jeśli masz choć najmniejsze podejrzenie choroby lokomocyjnej, nie wybieraj się w tę trasę ;)
![]() |
| góry po stronie chińskiej... |
Niektóre odcinki drogi były akurat w remoncie (najpewniej za chińskie pieniądze) przez co kilka razy musieliśmy robić długie postoje w środku dżungli. Było parno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna :) w autobusie poznałem kilku Chińczyków, z którymi już po dotarciu do Luang Prabang wspólnie szukaliśmy hostelu.
![]() |
| ... i góry po stronie laotańskiej |
Północny Laos to bardzo odludny rejon górski, który zamieszkany jest głównie przez mniejszości narodowe. Przez całą drogę do LP widziałem jedynie jedną szkołę, ani jednego radiowozu policji, szpitala i podobnych śladów cywilizacji. Mniej więcej co 30 kilometrów przejeżdżaliśmy przez oparte o zbocze góry wioski, w których murowane budynki były rzadkością. To zdecydowanie najbiedniejszy i najmniej rozwinięty rejon do jakiego miałem okazję zawitać.
Po 13 godzinach drogi byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale zadowoleni i bezpieczni :)
Na koniec kilka zdjęć trasy po stronie laotańskiej:
![]() |









