poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W chińskich samochodach

W Polsce często wozimy w samochodach różańce i obrazki ze Św. Krzysztofem, aby pomagały nam w bezpiecznym dotarciu na miejsce. Chińczycy robią podobnie, choć oczywiście na ich lusterkach możemy znaleźć trochę inne przedmioty.

Można je zasadniczo podzielić na trzy grupy: religijne (buddyjskie różańce, młynki itp.), tradycyjne (chińskie wisiory, tykwy) oraz polityczne (popiersia i wisiory z Mao).

wisior z Mao

buddyjski młynek modlitewny (na prąd, kręci się sam) oraz wisior z tykwy

budda z różańcem

ryba

różaniec

kolejny różaniec

sobota, 25 kwietnia 2015

egg custard tart

One of the very few pastries you can get in Chinese bakeries that I like, is egg custard tart. Knowing that Chinese bakery is a place where I find myself all-sweated in my worst nightmares, you make ask, how is it possible that I'm ever able to have anything from that scary nest of vice. The answer is simble: egg custard tart comes from Europe. It's a Portuguese traditional pastry, which became a part of Hongong cuisine in 1940s, having been brought there from nearby Portuguese colony of Macau. Then, after the opening reforms in China in 1970s, it has been popularised all around the mainland China. 


As you can see, it's a soft pastry topped with custard, which is a kind of sauce made from eggs and milk. If I had to reccomend one thing to try from Chinese bakeries, it would be, with no hasitation, this one!

piątek, 24 kwietnia 2015

everyday Chinglish

Chinglish is not only about fucked up grammar, wrong vocabulary and mistaken collocations. Chinglish is a state of mind. Trying to writie in English, but not switching your brain from Chinese thinking mode can have really bad and funny consequences.

Will Senpai ever notice me?
This one:
Lemon water, very sweet, summer night, misty eyes, refreshing taste, fresh and cool down, into the heart, empathy!


Some Japanese Chinglish:
Playing hide-and-seek in the dining room. We are so happy tonight.
(pink t-shirt: Just a dream, blue t-shirt: Cao tian? ba)





czwartek, 23 kwietnia 2015

głód chlebowy

Głód pieczywa dotyka chyba wszystkich europejczyków żyjących w Azji. Chińczycy owszem, mają swoje piekarnio-cukiernie, jednak wypieki, które możemy dostać w takich przybytkach nie przypominają niestety naszego pieczywa. Są to zwykle miękkie, słodkie bądź słodko-słone ciasta, często nadziewane pastą z czerwonej fasoli. Twardego, chrupiącego chleba w zasadzie nie sposób dostać. Krótko po przeprowadzce, gdy głód chlebowy doskwierał mi najbardziej, od czasu do czasu zdarzało mi się kupić bagietki z Carrefoura, czyli coś najbliższe europejskiemu chlebowi; znalazłem też sklepik, którego właściciel sam wypiekał coś, co można uznać za formę pośrednią między bułką, chlebem i pyzą. Bagietka nie była jednak warta fatygowania się do marketu i potem włóczenia się po nim pół godziny (chińskie Carrefoury przypominają bardziej Ikeę niż nasze supermarkety, nawet kupując jedną rzecz, trzeba przejść przez absolutnie cały sklep); a bułko-chlebo-pyza nie była szczególnie smaczna, a do tego dość droga. Co prawda czasami udawało się zjeść trochę prawdziwego chleba: raz upieczonego przez znajomą Czeszkę (nie wiem do dziś jak to zrobiła, w Chinach nie używa się piekarników), raz przywiezionego z ojczyzny przez współlokatorkę. Po pewnym czasie jednak w zasadzie rzuciłem pieczywo.

Tofu i tybetański chleb

Wczoraj jednak, wybraliśmy się ze znajomym do miłej tybetańskiej knajpy na herbatę maślaną i jakieś jedzenie. Znajomy jadł już tam wcześniej i bardzo chwalił sobie ichni podpłomyk, niestety nie zapamiętałem nazwy. Zamówiliśmy więc to, a do tego jeszcze moje ulubione tofu (麻婆豆腐, mapo doufu). Muszę przyznać, podpłomyk ten jest zdecydowanie najbliżej zaspokojenia mojego głodu chlebowego. Ciasto z wierzchu przypomina pizzę, w środku jednak chyba najbliżej mu do bułki. Co najważniejsze: zawiera masło. Masło jadłem tylko raz w Chinach, Hanowie w ogóle go nie używają, w Carrefourze można kupić tylko jakieś ekskluzywne masła nowozelandzkie za  ceny nie z tego świata (a przynajmniej kontynentu), za to w Tybecie spożywanie nabiału jest na porządku dziennym.   

niedziela, 19 kwietnia 2015

shaokao, czyli grillowanie po chińsku

Rytm chińskiego dnia może się wydawać podobny do dnia europejskiego (szczególnie południa Europy, z racji na południową sjestę). Różnice dostrzegamy rano i wieczorem. O świcie seniorzy gromadnie wychodzą z mieszkań, uprawiają taichi i grają w badmintona na placach. Kiedy ja wychodzę na uczelnie około 8 rano, oni już wracają do domów. 

Prawdziwe życie zaczyna się jednak po zmroku, gdy w różnych częściach miasta rozstawiają się liczne stragany z szaszłykami. Jest na nich wszystko, od bakłażanów, przez kurze łapki, aż po bardzo popularne macki kałamarnic/ośmiornic. 




Stragany te można znaleźć w różnych częściach miasta i to wokół nich toczy się życie nocne. Do późnych godzin nocnych, zwykle około 1 - 2, pootwierane tam są sklepy, także z obuwiem i odzieżą, i w zasadzie ze wszystkim, o czym można by pomyśleć. To życie nocne nie jest domeną młodzieży, przy straganach widać przekrój mieszkańców miasta.

Shaokao nie ma najlepszej renomy, uznawane jest za jedno z najbardziej ryzykownych wyborów spośród jedzenia ulicznego. Ja osobiście próbowałem wyłącznie grzybów i zapiekanej pasty z dyni z grilla.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

kuchnia wietnamska i językowa egzotyka

Wczoraj znajoma Wietnamka, Yen,  zaprosiła mnie na tradycyjny wietnamski obiad do akademika. Gdy wraz z moim chińskim znajomym przybyliśmy na miejsce, zastaliśmy Yen i jej rodaka w zasadzie dopiero rozpoczynających gotowanie. Byli naprawdę ambitni, nie dali sobie pomóc i po ok. 2 godzinach cały stół zastawiony był nawet nieźle wyglądającym jadłem. W międzyczasie dołączył do nas jej znajomy Pakistańczyk oraz nauczycielka chińskiego. 




Jedzenie nie było powalające i na pewno nie zostanę fanem wietnamskiej kuchni. No, może za jednym wyjątkiem: mają niezłe cukierki z zielonego groszku. Towarzystwo za to było wyjątkowo ciekawe, a szczególnie Pakistańczyk. Pomijając już fakt, że zwykle z przedstawicielami tego narodu zdecydowanie  łatwiej niż z innymi Azjatami rozmawia mi się o polityce, religii i generalnie na poważne tematy, ten akurat miał do tego szczególnie ciekawe pochodzenie - był bowiem Buruszą. Naród ten zamieszkuje kilka dolin na północy kraju, na styku Karakorum, Himalajów i Hindukuszu. Ich pochodzenie jest nieznane, jednak sami twierdzą, podobnie jak ich sąsiedzi, niebieskoocy Kalasze, że są potomkami żołnierzy Aleksandra Wielkiego, którzy osiedlili się tu podczas jego indyjskiej kampanii. Być może coś w tym jest - na pograniczach Afganistanu i Pakistanu jeszcze długo po Aleksandrze istniały greko-indyjskie państwa, takie jak Baktria. Język Buruszów jest szczególnie ciekawy w kontekście ich nieznanego pochodzenia: nie jest bowiem spokrewniony z żadnym innym używanym dziś językiem, podobnie jak np. Baskijski. Wielu lingwistów próbowało udowodnić pokrewieństwo z językami indoeuropejskimi, kaukaskimi bądź nawet amerykańskimi na-dene, nikomu się to jednak nie udało.

Flaga regionu Hunza, ojczyzny Buruszów

sobota, 11 kwietnia 2015

sezon na ananasy

Z pewnością często będę wstawiał tutaj zdjęcia szeroko pojętego jedzenia. Poczynając od tego, co znajduję w restauracjach, poprzez gotowanie w domu, na jedzeniu ulicznym kończąc.


Obecnie trwa w Kunmingu sezon na ananasy. Sprzedawane są one na ulicznych straganach, już obrane, często na patyku. dwa obrane ananasy to równowartość ok. 6 zł.


piątek, 10 kwietnia 2015

Piękny kraj

Gdy wracałem dziś do domu autobusem, dosiadła się do mnie Chinka. Od razu przeszła do rzeczy. - Jesteś Amerykaninem? - Nie, Polakiem, z Europy. Nie była jednak szczególnie moją polskością zainteresowana i zaczęła opowiadać o tym, że zna Amerykanina, który jest czarny, że Ameryka jest najlepsza pod każdym względem, Amerykanie mają duże oczy i białą skórę. Była trochę dziwna, ubrana na czarno, co w przypadku Chinek prawie się nie zdarza. 

Mimo, że Amerykanie, których poznałem w Chinach, okazali się ogólnie rzecz biorąc fajnymi ludźmi (ku także mojemu zaskoczeniu, przyznam szczerze), trochę na przekór jej apoteozie zacząłem się z nią wykłócać, że Amerykanie są głupi, że może tylko ci, których poznała w Chinach są spoko, ale ogół nie jest wcale pod żadnym względem lepszy bądź mądrzejszy od Chińczyków. Ale Nie! Ameryka najlepsza! Zdecydowanie! Pod każdym względem! Nie udało mi się nawet zbliżyć się do przekonania jej do pójścia pod tym względem na jakikolwiek kompromis, bo dojechaliśmy do mojego przystanku. 

Ostatnio rozmawiałem z nauczycielką o tym amerykańskim programie telewizyjnym, do którego zapraszani są ludzie skonfliktowani ze sobą nawzajem, a pod koniec każdego w zasadzie odcinka dochodzi do rękoczynów. Co do za program, niestety nie pamiętam. Nauczycielka była w lekkim szoku, powiedziała, że w Chinach owszem, są programy do których zapraszane są skonfliktowane ze sobą osoby i odbywa się coś na kształt rozprawy sądowej, jednak wypowiadają się tam także prawnicy, psycholodzy i inni eksperci, co w pewien sposób dodaje do rozrywki element dydaktyczny. Znowu się zastanawiam: kto tu w końcu ma wyprane mózgi? ;)

Dla niechińskojęzycznych, USA to w języku Konfucjusza Měiguó (美国), czyli Piękny kraj. 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Laotian democracy

Mam w grupie dziewczynę z Laosu, dość nieśmiała, typowa dwudziestoparolatka z Azji Południowo-wschodniej, czyli typ sukienka-w-hellokitty. Nie wiem zbyt dużo o Laosie, więc niedawno z ciekawości wziąłem ją na spytki: czy Laos jest lub był monarchią, czy państwem socjalistycznym, czy mają system wielopartyjny itp. Delikwentka nie wiedziała niestety czy jej ojczyzna była kiedyś monarchią. Stwierdziła, jednak nie bez wahania, że mają demokrację, a nie system jednopartyjny, już tym bardziej socjalistyczny. Nie było to wszystko szczególnie przekonujące, więc zasięgnąłem porady Wikipedii, gdzie jak byk widniało, że Laos jest państwem socjalistycznym i jednopartyjnym. Z jednym z najwyższych na świecie wskaźników korupcji. Oczywiście doniosłem o tym mojej koleżance, która bardzo zaciekawiła się faktem, że jej ojczyzna 50 lat temu posiadała króla, i w końcu przyznała, że Laos to państwo socjalistyczne. Widząc, jak jest zmieszana, szybko zmieniłem temat na Tajlandię i tamtejszą byłą panią premier.

Zastanawiałem się potem ze znajomym o co w tym wszystkim chodzi: Chińczycy nawet w najodleglejszym zakątku Państwa Środka wiedzą co i jak. Laotanka nie jest może przyszłą panią prezydent swojego kraju, ale na pewno nie jest głupia, a i po chińsku mówi nieźle, mimo, że uczy się dwa razy krócej niż ja.  

Nie widać, że komuna

wtorek, 7 kwietnia 2015

mapy!

Jak można się chyba domyślić, wszystkie chińskie mapy są sinocenryczne, tak jak ta wisząca na ścianie w mojej klasie:


Oczywiście Tajwan, według takich map, jest jedną z chińskich prowincji.

Chyba każdemu, kto miał kiedykolwiek styczność z Chinami, znana jest nienawiść którą darzą Japończyków mieszkańcy Państwa Środka; tym bardziej zdziwiło mnie, że uznają oni południowe Wyspy Kurylskie za część Japonii pod okupacją Rosji.



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Kunming w 8 km

Tak się złożyło, że w czasie naszej Wielkanocy przypadło w tym roku chińskie Święto Zmarłych, Qingming 清明 - Święto Czystego Blasku. Większość studentów i pracowników państwowych zakładów pracy ma z tej okazji długi weekend, z poniedziałkiem włącznie. Część moich znajomych powyjeżdżała do Dali, Tajlandii i w inne miejsca, ja natomiast gościłem znajomego z Couchsurfingu, u którego spędziłem tydzień w Szanghaju. To była jego pierwsza wizyta w Yunnanie, a dla mnie pierwszy raz gdy oprowadzałem rodowitego Chińczyka po Chinach ;)



Zaczęliśmy od kampusów uniwersyteckich, które w Chinach, ku naszemu zdziwieniu, są zwykle popularne wśród miejscowych turystów. Na mojej uczelni więcej ludzi widuje się w weekendy niż w tygodniu. Na Wielkim Murze spotkałem dwóch studentów z Chongqingu, którzy przyjechali do Pekinu zobaczyć oczywiście mur, Zakazane Miasto oraz... kampus Uniwersytetu Pekińskiego. Co kto lubi, ale trzeba przyznać, że uczelnie są bardzo ciekawymi miejscami, w Kunmingu szczególnie pod względem ogrodniczym, w zasadzie można by je uznać za małe ogrody botaniczne.


Po zwiedzeniu kampusów szliśmy dalej na południe, przez park Cuihu, czyli jedną z głównych atrakcji miasta (niestety mój znajomy przyjechał zaledwie kilka tygodni po odlocie na Syberię stad mew, które zimują w parku przez całą zimę i są kolejną niesamowitą atrakcją dla Chińczyków, której nam chyba nie będzie dane nigdy zrozumieć), dalej obok siedziby rządu rejonowego do Świątyni Konfucjańskiej, która niestety akurat jest w trakcie remontu. Dalej przez targ kwietno-ptasi, najważniejszą cześć miasta pod względem zachowanej jeszcze tradycyjnej architektury, Nanpin jie, główny plac miasta, Jinma Biji, czyli dwie wielkie bramy, będące symbolem Kunmingu (w tle na blogu), aż do dwóch Pagód z X wieku. Myślę, że to bardzo dobra trasa pozwalająca zobaczenie najważniejszych atrakcji miasta - nie tak zachwycających może jak te w Pekinie czy Dali, ale z pewnością warte poświęcenia kilku godzin. 

Ten pan sprzedawał jedwabniki na targu kwietno-ptasim. Zagadał do nas, spytał się skąd jestem, wiedział, że Warszawa jest stolicą Polski i nawet coś zaczął mówić po angielsku, bardzo spoko jak na Chińczyka seniora

Na obiadokolację udaliśmy się do nielegalnej restauracji mniejszości Dai, urządzonej w prywatnym domu. Wzięliśmy słodki ryż w ananasie, placek jajeczny i rybę, nie taką, jaką miałem upatrzoną niestety, bo było zbyt dużo klientów i się skończyła, ale za to mogłem wybrać sobie inną, jeszcze żywą ^^