czwartek, 30 lipca 2015

Znów w Polsce! Wrażenia z Chin cz. 1

Mój pobyt na stypendium w Kunmingu dobiegł końca. W ostatnich tygodniach sporo podróżowałem, był niezły chaos, internety też nie sprzyjały. Ale teraz, kiedy nie muszę korzystać już z vpn-a i mam nieograniczony dostęp do zachodniego internetu, wreszcie będę miał okazję bardziej regularnie coś skrobnąć na blogu. Póki co, 11-miesięczna przygoda aż prosi się o to, żeby ją podsumować. Po powrocie wiele wspomnień zaczyna mi się powoli układać w głowie w spójną całość, pojawiają się też pierwsze porównania na linii Europa-Azja. Najważniejsze doświadczenia i przemyślenia znalazły się w poniższej wyliczance.

1. Kuchnia

Nie można wyobrazić sobie Chin bez kuchni chińskiej. Przed wyjazdem do Chin słyszałem od starszych kolegów, którzy byli już w Azji, jak ważne jest jedzenie dla mieszkańców Państwa Środka, ile są w stanie o nim rozmawiać i jak ważną pozycję zajmuje ono w ich życiu. Z naszej perspektywy jest to często bardzo śmieszne i wydaje się po prostu głupie - w końcu ktoś, kto mówi i myśli głównie o jedzeniu, w naszej kulturze nie uchodziłby za osobę szczególnie głęboką i interesującą. Pobyt w Kunmingu przekonał mnie, że nie jest to mit: Chińczycy mogą godzinami mówić o jedzeniu i spełnia ono bardzo ważną rolę w ich życiu. Pomijając oczywiście funkcje biologiczne, posiłki wyznaczają rytm dnia, są okazją do spotkań z rodziną i znajomymi, dają dobrą okazję na tworzenie znajomości, wyświadczanie innym przysług i odwdzięczanie się. Chińskie posiłki trwają długo, w zasadzie nigdy nie są spożywane w samotności, są bardzo różnorodne i złożone z wielu dań. Kuchnia chińska jest niesamowicie bogata i jeśli ktoś zacznie się zagłębiać w ten świat, będzie musiał przestać się dziwić, jak Chińczycy mogą być tak płytcy i pozbawieni normalnych zainteresowań, że są w stanie tyle rozmawiać o jedzeniu.







2. Podróżowanie

W Chinach trochę na nowo odkryłem podróżowanie. Będąc w Polsce byłem raczej istotą osiadłą i nie ruszałem się za wiele z miejsca. Osoby, które poznałem na stypendium, zaraziły mnie jednak bakcylem podróżniczym. Jedna z moich współlokatorek przed Chinami jeździła stopem po Iranie, Rumunii i Turcji, mój najlepszy znajomy z Pakistanu był typem osoby nie mogącej wysiedzieć w miejscu, znajoma Litwinka wyjeżdżała zawsze, kiedy coś zaczynało jej się w życiu psuć i musiała od tego odpocząć. Wszystko to oczywiście wyjazdy bardzo studenckie, budżetowe, czasami praktycznie bez pieniędzy, polegając w dużym stopniu na dobrej woli ludzi napotkanych po drodze. I właśnie o to chodzi: wyjeżdżając, możemy zrewidować pewne swoje poglądy na świat i otaczających nas ludzi, i to chyba jest w podróżowaniu najcenniejsze. Wkrótce sam zacząłem jeździć stopem, i mimo, że dystansy które pokonałem nie są jeszcze imponujące, zdecydowanie będę robił wszystko, żeby co jakiś czas gdzieś wyjechać. Niekoniecznie daleko, niekoniecznie w imponujące miejsca, byle po prostu się ruszyć z domu i ze swojego miasta.





C.D. wkrótce :)



sobota, 4 lipca 2015

Pora deszczowa

W ciągu ostatniego miesiąca na dobre rozkręciła się pora deszczowa lato w mieście wiosny, trwające mniej więcej od marca do maja, skończyło się. Nie znaczy to, że nie zdarzają się już zupełnie pogodne i ciepłe dni, ale dominuje jednak mżawka, czasami przechodząca w trwającą dzień lub dwa ulewę. W zeszłym tygdogniu Kunming trochę  nawet podtopiło i miasto zostało sparaliżowane na jeden wieczór.

Z nadejściem pory deszczowej zbiegła się kiepska pora vpn-owa. W ciągu ostatnich tygodni odpowiedzenie na wiadomość na fejsbuku stało się zadaniem przekraczającym ludzkie możliwości. Nie mówiąc już o publikowaniu czegokolwiek na bloggerze. Na szczęście, wydaje się, że internety ostatnio znowu działają trochę lepiej.

Pewnie więc niedługo będe mógł znów zacząć pisać trochę więcej, a póki co, wrzucam inspirujące zdjęcie tapicerki w vanie, którym wczoraj jechaliśmy na koncert do Anningu.


sobota, 20 czerwca 2015

rzecz o chińskiej modzie

Chińczycy ubierają się, ogólnie rzecz biorąc, podobnie do nas. Są jednak pewne chińskie modowe trendy które mogą wywoływać zdziwienie. Nie wiem, czy wynika to z przyzwyczajenia do noszenia przez kilka dekad maoistowskich mundurków, ale faktem jest, że mieszkańcy Państwa Środka mają dziwną tendencję do noszenia kostiumów. Niekiedy są to ubrania bardzo przypominające piżamy, niekiedy rzeczywiście są to piżamy. Na moim osiedlu wyjście na spacer z psem bezpośrednio po wyjściu z łóżka nie należy do rzadkości.


Trend kostiumowy jest mocno związany z innym: umiłowaniem logo. Chińczycy, szczególnie młodsi, uwielbiają ubierać się w gotowe kostiumy w jednym lub dwóch kolorach (najczęściej czarny i biały), w których każda część ubrania ma na sobie logo. Najczęściej Nike, Adidasa albo Chanel. Oczywiście rzadko się zdarza, żeby któryś z takich ciuchów był oryginalny. Ale wygląda zachodnio i bogato, więc fejm się zgadza.

Czy ktoś w Polsce tak się ubiera? W Chinach w zasadzie wszyscy.

Chińczycy inaczej postrzegają też elegancję i przekłada się to na wzorce, które przejęli z zachodu. W bardzo wielu miejscach pracy strojem obowiązującym jest garnitur lub garsonka. Ludzi w ten sposób ubranych widuje się na ulicach naprawdę dużo. Co może nam się wydawać dziwne, często jeżdżą oni w takich strojach na motorach, rowerach lub e-bike'ach. Garniturów widać więc na ulicach sporo, ale za to mało kto nosi koszule - takie zwykłe, które u nas przywdziewa co drugi facet idąc do biura lub w niedzielę do kościoła.

Kolejnym dziwnym przyzwyczajeniem jest radzenie sobie z gorącem. Chińscy mężczyźni w ciepłe dni podwijają koszulki pod pachy, obnażając swoje mięśnie piwne. Nie jest to przyjemny widok i całe szczęście u nas nie zaobserwujemy takich zwyczajów.

Można też zauważyć, że bardzo niewiele młodych ludzi, szczególnie w porównaniu do naszego kraju, komunikuje swoim strojem przynależność do subkultur. Raz jeszcze - dominują marki. Po co wyglądać nieco inaczej, indywidualnie, skoro można wyglądać bogato.

Dla jasności, moje obserwacje zostały poczynione w Kunmingu. W Szanghaju dla przykładu, ludzie ubierają się bardziej zachodnio i przede wszystkim naprawdę dobrze wyglądają. 


poniedziałek, 8 czerwca 2015

rzecz o Japonii

Nasza nauczycielka w trakcie zajęć bardzo często w ramach przykładów użycia słówek bądź konstrukcji gramatycznych wspomina o znanych postaciach, filmach, książkach i tym podobnych. Problem w tym, że podobnie jak wszyscy inni Chińczycy, zna ona nazwiska i tytuły w zasadzie wyłącznie w ich chińskich transkrypcjach. Dla przykładu, Chopin to Siaobang (Xiaobang), Madam Curie to Dźuli njuszy (Juli nvshi), a Kopernik to Gebajni (Gebaini). Często więc zachodzimy w głowę o co jej chodzi, podczas gdy ona próbuje nam tłumaczyć, że na pewno znamy ten film/książkę/pisarza/piosenkarkę itp itd.

Dzisiaj było podobnie, kiedy próbowała nam wytłumaczyć kim jest Marguerite Duras. Tutaj natrafiła jednak na większą przeszkodę, bo my (ja i Rosjanin) nie mieliśmy absolutnie pojęcia o kogo może chodzić. Jak się okazało, Pani Marguerite jest słynną pisarką, autorką m. in. Hiroshima mon amour, powieści, na podstawie której powstał dość znany film. Jak twierdziła uparcie pani Jiang, w Chinach jest ona niesamowicie popularna i to skandal że jej nie znamy. Cóż, może ma to po prostu coś wspólnego z naszą płcią (jak się dziś okazało, Rosjanin jest oddanym fanem Sapkowskiego).

Ale nie o tym. Zorientowałem się, o jakie dzieło chodzi, dopiero, gdy wytłumaczyła nam dokładnie znaczenie tytułu powieści. Po chińsku brzmi on w wolnym tłumaczeniu "Miłość w Hiroshimie". Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Chińczycy odczytują znaki japońskie według własnych odczytań. W ten sposób Hiroshima staje się Guangdao, czyli Szeroką Wyspą. Tak też dopiero gdy Jiangowa powiedziała, że chodzi o miasto od tej bomby atomowej, udało mi się skojarzyć tytuł filmu i sprawa się rozwiązała. 

Załączam mały słowniczek fonetyczny japońskich miejsc, nazwisk i pojęć po chińsku:
Tokio - Dungdźing (wschodnia stolica)
Kioto - Dźingdu 
Kurosawa - Hej Dzeming
sumo - śiangphu
sushi - szołsy
Yoko Ono - Śiaoje Jangdzi
Nagasaki - Czhangći
Sapporo - Dżahuang

Kolejna japońska historia z ostatnich dni:


Tabliczka z tyłu e-bike'a: Japończycy i psy, nie zbliżać sie! Co ciekawe, napisana częściowo po japońsku -.-
Podpatrzone przed kościołem katolickim ;)

czwartek, 4 czerwca 2015

rzecz o starości w Chinach i w Polsce

Jedną z największych różnic między Polską i Chinami (a nie ma ich wcale tak wiele jak się kiedyś spodziewałem) jest tryb życia osób w podeszłym wieku. W naszej ojczyźnie osoby starsze poświęcają wiele czasu na opiekę nad wnukami, pracę w ogrodzie, wydaje mi się także, że prowadzą raczej siedzący tryb życia, często oglądają telewizję, raczej nie uprawiają sportu. Emerytura traktowana jest u nas jako czas zasłużonego odpoczynku. W Chinach jest zupełnie odwrotnie: po przejściu na emeryturę ma się czas na to wszystko, czego wcześniej nie można było robić z uwagi na presję w szkole i pracy.

Starsze panie tańczące na Kunmińskiej politechnice

Nie sposób wymienić wszystkich zajęć chińskich seniorów. Dzień zaczyna się dla nich bardzo wcześnie, już o 6 rano wychodzą na ulice miasta. Na mnie robią wrażenie szczególnie tańce uliczne (guǎngchǎng wǔ, 广场舞), mimo, że trochę wyśmiewane przez młodszych Chińczyków, a przez niektórych nawet krytykowane za hałasowanie. W tańcach takich biorą udział głównie panie po 50-ce, ale czasami też młodsze, zdarza się niekiedy też zauważyć panów. W repertuarze znajdziemy chiński pop inspirowany tradycyjną muzyką. W najważniejszych parkach można spotkać tańczące zespoły prawie przez cały dzień, ale na osiedlach najczęściej tańce organizowane są dwa razy dziennie: ok. 10 rano i 7 wieczorem.


Trochę bardziej profesjonalne tańce na festiwalu muzycznym w Kunmingu (zdjęcia z grudnia)



Aktywności seniorów można by wymieniać bez końca. Począwszy od tradycyjnych, czyli uprawianie taichi, gra w szachy, karty, majianga i go, poprzez typowe sporty jak badminton i ping pong, kończąc na naprawdę dziwnych przypadkach takich jak żonglowanie kręglami czy jazda na rolkach. Jeśli jest na świecie coś, czym można się zająć, z pewnością znalazła się już taka chińska babcia która się tego podjęła. Zaznaczę też, że z takim chińskim dziadkiem w ping ponga czy badmintona nie ma się co mierzyć, bo najprawdopodobniej jest w lepszej formie niż my będziemy kiedykolwiek.

Młodzież też jest aktywna i dużo czasu spędza na świeżym powietrzu, ale widoczne jest to głównie w kampusach uczelni. No i ten fakt nie jest dla nas aż taki szokujący, w końcu w Polsce młodzi ludzie też są dość aktywni, mimo, że już pewnie nie aż tak jak kilka dekad temu. To, co wyprawiają osoby starsze, dla nas może być naprawdę szokiem. Być może przyzwyczajenie seniorów do aktywnego trybu życia, razem z mądrością tradycyjnej chińskiej medycyny, tłumaczy poniekąd fakt, że nawet w najgorszych latach Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej średnia długość życia w Chinach była bardzo wysoka, szczególnie w porównaniu do innych państw trzeciego świata podobnie cierpiących na głód i biedę. Jednak kilka tysięcy lat cywilizacji robi różnicę...

Mam nadzieję, że na starość będę w stanie prowadzić podobnie aktywny tryb życia jak Chińczycy ;)



środa, 3 czerwca 2015

being laid-back in Kunming

People in my district are just the definition of being laid-back. Walking around in pyjamas all day, parking their cars wherever they want to, dancing to loud music in the evenings. But that thing I spotted today just by the main alley was just realness.


On the other hand, excessive laidbackness can get you into trouble even in Kunming. Today my teacher told me, that her neighbours lost their 2 yo kid while just playing in the district. It's been 5 days and the kid is still missing. Really sad and disturbing. Couple of months ago I saw a kid walking around alone on the big intersection... Westerners sometimes are too strict when it comes to taking care of their children, but the Chinese sometimes are doing it wrong too...

wtorek, 2 czerwca 2015

Weibo - mikroblogi

Już od dłuższego czasu myślałem o założeniu chińskiego mikrobloga. Nie chciałem sobie jednak dokładać kolejnej strony do odświeżania, tym bardziej, że obecnie głównym medium społecznościowym w Chinach nie są już mikroblogi, a Weixin. 

W końcu jednak nauczycielka, która często opowiada nam o problemach politycznych współczesnych Chin, przekonała mnie do założenia konta na Sina Weibo, najpopularniejszym i największym z portalów mikroblogowych, odpowiedniku Twittera. Dzisiaj opublikowałem tam swojego pierwszego posta, pisząc oczywiście o jedzeniu ;) Na mikroblogach pojawiają się często tematy dotyczące społeczeństwa i polityki, trzeba jednak uważać, bo za przekroczenie granic cenzury można dostać bana, a w skrajnych przypadkach do naszych drzwi mogą zapukać przedstawiciele instytucji z którymi raczej nie chcielibyśmy mieć do czynienia. 

Większość Chińczyków nie ma jednak takich problemów. Jak wiemy, ich zainteresowania rzadko wykraczają poza jedzonko, nowinki iphonowe i romantyczne bzdety. Przy tworzeniu konta Weibo dla wygody nowego użytkownika sugeruje zainteresowania, na podstawie których polecane są nam konta do zaobserwowania. Wybór jest niewielki i wiele nam mówi o tym, co zajmuje mieszkańców Państwa Środka :)

Podsumowanie zainteresowań współczesnych Chińczyków i Chinek. Znajdziemy militaria, nieruchomości, finanse, "zdjęcia zwierzątek" i oczywiście jedzonko. Próżno szukać kultury (nie ma nawet filmu), polityki, zdrowia.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

majówka cz. 3 - dwa wieczory w Luang Prabang

Dzień w Luang Prabang zaczyna się i kończy wcześnie. Już o 6 trzeba być na nogach, żeby podążyć ulicami miasta za mnichami zbierającymi jedzenie od mieszkańców. Niegdyś mnisi mogli w ciągu dnia zjeść tylko to, co dostali rano. Teraz nie muszą już przestrzegać tej reguły, tradycja wciąż jednak istnieje. Z małymi ulepszeniami: w koszyczku tej pani znajdowały się wyłącznie snickersy ;)

6:00 rano w Luang Prabang. Mnisi zbierają słodycze od mieszkańców
Bycie mnichem w krajach wyznających Buddyzm Therawady (Tajlandia, Laos, Birma, Kambodża) różni się nieco od życia zakonnego w innych krajach buddyjskich czy chrześcijańskich. Do klasztoru może, a nawet powinien, iść każdy mężczyzna. Najczęściej zostaje mnichem na około trzy miesiące, po czym wraca do świeckiego życia. 

Mnisi w Luang Prabang są w większości bardzo młodzi

Mimo, że Luang Prabang nie jest dużym miastem (liczy, według różnych danych, od 25 do 50 tysięcy mieszkańców), to jest duchowym i ekonomicznym centrum całego środkowo-północnego Laosu. Tak było niemal od zawsze. Już od XIII wieku miasto służyło jako stolica niezależnego królestwa, a przez pewien czas także całego Laosu. Kilkakrotnie atakowane i podbijane, zachowało jednak swoją tradycyjną architekturę, będącą mieszanką tradycyjnego stylu buddyjskiego z wpływami francuskimi z czasów kolonialnych. Do dziś ogromne wrażenie robią świątynia Xieng Thong z XVI wieku oraz pałac królewski. Warto odwiedzić również kilka innych świątyń; tych przybytków akurat w Luang Prabang nie brakuje.

Świątynia Xieng Thong 

Świątynia Xieng Thong 

Pałac królewski, obecnie muzeum

Kamienne stupy w jednej ze świątyń
Tropikalne miasto jest atrakcją nie tylko dla miłośników kultury i historii; słynie także w dużej mierze z pięknych krajobrazów i cudów natury. Największą popularnością cieszy się zasłużenie wodospad Kuang Si. Oddalony o około 30 kilometrów od miasta składa się z trzech poziomów. Na dwóch niższych można się samemu ochłodzić w wodzie, a tam, gdzie pozwala na to głębokość, skoczyć w lazurową toń i popływać. Na trzecim, najwyższym, możemy ze specjalnego pomostu podziwiać wysoką na 60 metrów kaskadę.



W mieście istnieje życie nocne, jest ono jednak krótkie i nawet w weekendy już po godzinie 11 ulice pustoszeją. Główną atrakcją wieczorami jest targ nocny, na którym można wybierać z mnóstwa bardzo tanich pamiątek. Nie zobaczymy tutaj klubów, które zakłócały by spokojny, trochę leniwy klimat miasta, jednak to przecież właśnie ten klimat jest najbardziej doceniany przez turystów. Zresztą, lepiej nieco wcześniej wrócić do hostelu, schować się pod moskitierą i wyspać się porządnie przed kolejnym dniem pełnym wrażeń ;)


sobota, 30 maja 2015

majówka cz. 2: Xishuangbanna - Luang Prabang

Majówka cz.1

W Stolicy Xishuangbanny, Jinghongu, zatrzymałem się na dwie noce. Miasto zrobiło na mnie spore wrażenie, w architekturze wszędzie widać było wpływy tajskie, szczególnie w przypadku budynków powstałych w ciągu ostatnich dekad. Na wszystkich tablicach, neonach i w nazwach sklepów oprócz znaków chińskich widniało także lokalne pismo używane przez mniejszość Dai. Szczególnie zapadł mi w pamięć widok z jednego z dwóch mostów łączących dwa brzegi Mekongu. Można było z niego dostrzec prawie całe miasto, rozpościerającege się nad rzeką w niecce, która ze wszystkich stron otoczona jest górami. Łatwo poczuć klimat starożytnego, odległego królestwa Xishuangbanny, zagubionego gdzieś w niedostępnych górach Azji Południowo-wschodniej.

Wieczorem wybraliśmy się na nocny targ, potem piliśmy piwo i paliliśmy ognisko nad Mekongiem. Rzeka w tym miejscu rozlewa się szeroko i jest dość płytka. Rybacy przekraczali ją w bród, wracając z wyspy położonej na jej środku na suchy ląd. Pora była już późna, trzeba więc było wrócić do hostelu i wyspać się przed kolejnym dniem.

Następnego ranka wsiadłem w autobus z Jinghongu do Luang Prabang. Autobus był klimatyzowany i wyglądał porządnie, co w dużym stopniu rozwiało wszystkie moje wątpliwości związane z tą podróżą. Słyszałem bowiem wcześniej opinie znajomych, śpośród których niektórzy zaliczają trasę do Luang Prabang jako jedno z najgorszych przeżyć w życiu. Ja na szczęście wrażenia miałem zgoła inne :) Do granicy laotańskiej jechało się zupełnie komfortowo, przez góry i doliny przebiegała nowoczesna droga szybkiego ruchu, częściowo w tunelu na trudniejszych odcinkach. Nawet i w Laosie początkowo jakość drogi była zadowalająca, mimo, że była to już wtedy zwykła jednojezdniówka. Tak było może przez 50 kilometrów, do czasu, gdy wjechaliśmy na odludne górskie tereny. W tym rejonie między górami w zasadzie w ogóle nie było płaskiej doliny, jedna góra się kończyła i zaczynała druga. Droga musiała być więc poprowadzona mniej więcej w połowie zbocza, tak, że z jednej strony mieliśmy stok, a z drugiej przepaść. Droga ta nieustannie meandrowała na prawo i lewo, i to chyba było najtrudniejszą częścią tej podróży. Powiem krótko: jeśli masz choć najmniejsze podejrzenie choroby lokomocyjnej, nie wybieraj się w tę trasę ;)

góry po stronie chińskiej...

Niektóre odcinki drogi były akurat w remoncie (najpewniej za chińskie pieniądze) przez co kilka razy musieliśmy robić długie postoje w środku dżungli. Było parno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna :) w autobusie poznałem kilku Chińczyków, z którymi już po dotarciu do Luang Prabang wspólnie szukaliśmy hostelu.

... i góry po stronie laotańskiej

Północny Laos to bardzo odludny rejon górski, który zamieszkany jest głównie przez mniejszości narodowe. Przez całą drogę do LP widziałem jedynie jedną szkołę, ani jednego radiowozu policji, szpitala i podobnych śladów cywilizacji. Mniej więcej co 30 kilometrów przejeżdżaliśmy przez oparte o zbocze góry wioski, w których murowane budynki były rzadkością. To zdecydowanie najbiedniejszy i najmniej rozwinięty rejon do jakiego miałem okazję zawitać.

Po 13 godzinach drogi byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale zadowoleni i bezpieczni :)

Na koniec kilka zdjęć trasy po stronie laotańskiej:









czwartek, 14 maja 2015

majówka cz. 1: Kunming - Xishuangbanna

Jeszcze dwa tygodnie temu z moim znajomym z Pakistanu z całkowitą pewnością stwierdziliśmy, że na majówkę zostajemy w Kunmingu. Nie dołączymy do mas chińskich turystów okupujących hotele, stojących w korkach i tłoczących się w zaułkach starych miast. Planowaliśmy korzystać ze znakomitej pogody schyłku pory suchej w opustoszałym mieście. Nie minęło wiele czasu i 28 kwietnia, po moich egzaminach, siedzieliśmy już spakowani ciasno w wynajętym samochodzie-chlebku (面包车), gotowi do wyjazdu na południe.

Było nas 14, uściślając: ja, wspomniany już Pakistańczyk (ściślej rzecz ujmując, trochę bardziej z niego naturalizowany Szwed niż typowy Pendżabi) oraz jego znajomi z uczelni: pięcioro Szwedów, w tym dwie pary (wszyscy blond), Birmańczyk, Koreańczyk, Brytyjka pochodzenia polsko-litewsko-rosyjskiego, Wietnamczyk, Czech, Chińczyk i Chinka. Już na wstępie musieliśmy się wracać, bo roztargniony kolega z Wietnamu zapomniał paszportu i pieniędzy (podobno zdarzyło mi się to trzeci raz z rzędu podczas podróży). Towarzystwo przyjemne, busik klimatyzowany, dowiedziałem się szczególnie sporo nowych rzeczy o Birmie.


Celem naszej podróży była Xishuangbanna -  Autonomiczna Prefektura mniejszośći Dai, która to mniejszość jest w rzeczywistości zlepkiem różnych etnosów pochodzenia tajskiego zamieszkujących południowy i zachodni Yunnan. Prowincja ta, jak i sąsiednie rejony Chin, są kolebką ludów Tajskich. Ludy te niegdyś wywędrowały stąd na południe, zakładając po drodze kilka królestw, których spadkobiercami są dziś Tajlandia i Laos. Niektórzy twierdzą, że migracja ta odbyła się pod naporem chińskich osadników przybywających z północy, może ważnym czynnikiem była także niewielka gęstość zaludnienia i nieduże zaawansowanie cywilizacyjne ludów zamieszkujących wcześniej tereny Laosu i Tajlandii. Xishuangbanna jest miejscem, w którym Tajowie (Dajowie) zamieszkują do dziś, współcześnie stanowią tu najliczniejszą grupę etniczną, stanowiącą ponad 30 % ludności. Władzę prefektury prowadzą tzw. politykę 3-3-3, polegającą na utrzymywaniu równowagi między Dajami, Chińczykami Han i pozostałymi mniejszościami (Hani, Bai, Yi, itp.). Nazwa prefektury to po tajsku oznacza w wolnym tłumaczeniu 12 miast. W ostatnich wiekach istniało tu królestwo, które pozostawało przez długi czas pod wpływem północnotajskiego państwa Lan Na, stopniowo jednak przechodziło w strefę wpływów Chińskich. Dziś jest to, obok wyspy Hajnan, najbardziej egzotyczny rejon Chin. Klimat jest wilgotny i gorący - Xishuangbanna leży na południe od zwrotnika raka. Można tu spotkać jedyne w Chinach słonie żyjące na wolności. W lutym, podczas wizyty w Chinach, pofatygował się tu nawet sam książę William.

Pismo używane przez mniejszość Dai wywodzi się, tak jak inne systemy pisma Azji Południowo-wschodniej, z pisma używanego do zapisu sanskrytu.

Palmy i architektura Xishuangbanny inspirowana tradycyjnym stylem tajskim.


C.D. wkrótce (czyt. kiedy VPN pozwoli)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W chińskich samochodach

W Polsce często wozimy w samochodach różańce i obrazki ze Św. Krzysztofem, aby pomagały nam w bezpiecznym dotarciu na miejsce. Chińczycy robią podobnie, choć oczywiście na ich lusterkach możemy znaleźć trochę inne przedmioty.

Można je zasadniczo podzielić na trzy grupy: religijne (buddyjskie różańce, młynki itp.), tradycyjne (chińskie wisiory, tykwy) oraz polityczne (popiersia i wisiory z Mao).

wisior z Mao

buddyjski młynek modlitewny (na prąd, kręci się sam) oraz wisior z tykwy

budda z różańcem

ryba

różaniec

kolejny różaniec

sobota, 25 kwietnia 2015

egg custard tart

One of the very few pastries you can get in Chinese bakeries that I like, is egg custard tart. Knowing that Chinese bakery is a place where I find myself all-sweated in my worst nightmares, you make ask, how is it possible that I'm ever able to have anything from that scary nest of vice. The answer is simble: egg custard tart comes from Europe. It's a Portuguese traditional pastry, which became a part of Hongong cuisine in 1940s, having been brought there from nearby Portuguese colony of Macau. Then, after the opening reforms in China in 1970s, it has been popularised all around the mainland China. 


As you can see, it's a soft pastry topped with custard, which is a kind of sauce made from eggs and milk. If I had to reccomend one thing to try from Chinese bakeries, it would be, with no hasitation, this one!

piątek, 24 kwietnia 2015

everyday Chinglish

Chinglish is not only about fucked up grammar, wrong vocabulary and mistaken collocations. Chinglish is a state of mind. Trying to writie in English, but not switching your brain from Chinese thinking mode can have really bad and funny consequences.

Will Senpai ever notice me?
This one:
Lemon water, very sweet, summer night, misty eyes, refreshing taste, fresh and cool down, into the heart, empathy!


Some Japanese Chinglish:
Playing hide-and-seek in the dining room. We are so happy tonight.
(pink t-shirt: Just a dream, blue t-shirt: Cao tian? ba)





czwartek, 23 kwietnia 2015

głód chlebowy

Głód pieczywa dotyka chyba wszystkich europejczyków żyjących w Azji. Chińczycy owszem, mają swoje piekarnio-cukiernie, jednak wypieki, które możemy dostać w takich przybytkach nie przypominają niestety naszego pieczywa. Są to zwykle miękkie, słodkie bądź słodko-słone ciasta, często nadziewane pastą z czerwonej fasoli. Twardego, chrupiącego chleba w zasadzie nie sposób dostać. Krótko po przeprowadzce, gdy głód chlebowy doskwierał mi najbardziej, od czasu do czasu zdarzało mi się kupić bagietki z Carrefoura, czyli coś najbliższe europejskiemu chlebowi; znalazłem też sklepik, którego właściciel sam wypiekał coś, co można uznać za formę pośrednią między bułką, chlebem i pyzą. Bagietka nie była jednak warta fatygowania się do marketu i potem włóczenia się po nim pół godziny (chińskie Carrefoury przypominają bardziej Ikeę niż nasze supermarkety, nawet kupując jedną rzecz, trzeba przejść przez absolutnie cały sklep); a bułko-chlebo-pyza nie była szczególnie smaczna, a do tego dość droga. Co prawda czasami udawało się zjeść trochę prawdziwego chleba: raz upieczonego przez znajomą Czeszkę (nie wiem do dziś jak to zrobiła, w Chinach nie używa się piekarników), raz przywiezionego z ojczyzny przez współlokatorkę. Po pewnym czasie jednak w zasadzie rzuciłem pieczywo.

Tofu i tybetański chleb

Wczoraj jednak, wybraliśmy się ze znajomym do miłej tybetańskiej knajpy na herbatę maślaną i jakieś jedzenie. Znajomy jadł już tam wcześniej i bardzo chwalił sobie ichni podpłomyk, niestety nie zapamiętałem nazwy. Zamówiliśmy więc to, a do tego jeszcze moje ulubione tofu (麻婆豆腐, mapo doufu). Muszę przyznać, podpłomyk ten jest zdecydowanie najbliżej zaspokojenia mojego głodu chlebowego. Ciasto z wierzchu przypomina pizzę, w środku jednak chyba najbliżej mu do bułki. Co najważniejsze: zawiera masło. Masło jadłem tylko raz w Chinach, Hanowie w ogóle go nie używają, w Carrefourze można kupić tylko jakieś ekskluzywne masła nowozelandzkie za  ceny nie z tego świata (a przynajmniej kontynentu), za to w Tybecie spożywanie nabiału jest na porządku dziennym.